Truciciel pomaga zdrowiej żyć! Trzeci fragment książki „Dr Roik. Historia Haniebnego Zaniechania”, w której Red. Zygmunt Szych opisuje moją drogę ku zdrowej żywnosci w latach 1984- 2009.

Gdyby nie wsparcie Zakladów Azotowych w Tarnowie, którego organem prasowym był Tygodnik ” Tarnowskie Azoty” a Redaktorem Naczelnym Zygmunt Koper z mojej „kosmicznej” ideii byłyby „nici’! Przypomnę, że Autor książki Redaktor Zygmunt Szych od początku śledził moje poczynania. Teraz stara się przelać na papier moje wypowiedzi dodając do tego swoje wieloletnie obserwacje. Oto trzeci fragment książki, która dzięki Drukarni Ojców Redemptorystów w Tuchowie ma szansę ujrzeć  ”swiatło dzienne” pod koniec maja b.r.
-Ciekaw jestem, czy jest do uchwycenia taki moment, kiedy ostatecznie zdecydował Pan, że dalej już tą droga ?małych kroczków? nie da się iść. Że teraz trzeba ,jak to Pan już tu powiedział- wypłynąć na szerokie morze?Czyli- prosto do Targów, które tyle sławy przysporzyły Tarnowowi. I zarazem rozwinęły idee zdrowej żywności na cała Polskę?

-To byłoby jednak trudne do określenia w jakiś jednoznaczny sposób. Dlatego, że takich momentów było w gruncie rzeczy wiele. W każdym razie ,im więcej było aktywności rozmaitych ludzi, w tym także tej mojej, im bardziej udzielałem się, już nie tylko w Tarnowie, tym więcej zdawałem sobie sprawę z tego, że dalej, w nieskończoność nie można iść tą drogą. No bo przecież musiałbym w końcu zrezygnować z zawodu. I zajmować się wyłącznie jeżdżeniem po rozmaitych sympozjach, organizować pokazy, zachęć młodzież w szkołach, pisać artykuły o zdrowej żywności i zdrowym odżywianiu się. To była zapewne potrzebna i pożyteczna działalnośc, ale w pewnym momencie taka kwadratura koła. Im bardziej się angażowałem, im większe kręgi zataczała ta działalnośc, tym mocniej zdawałem sobie sprawę, że ja osobiście muszę się jakoś ograniczać, bo już sam nie podołam. Są przecież jakieś grancie ludzkich możliwości. Wyznaczane choćby przez czas i inne jeszcze obowiązki. Miałem przecież pracę, rodzinę.

- Ale póki co nadal pan jeździł po Polsce.

-Ta moja idea zaczynała pęcznieć, rozrastać się, a mnie trudno było odmawiać, skoro pisano o mnie w gazetach i stawałem się znany. Zaproszenia przyjmowałem także z tego powodu, że była to dla mnie znakomita okazja do zdobywania coraz to większej wiedzy. A ,paradoksalnie, im więcej tej wiedzy zdobywałem, tym większe nakładałem na siebie obowiązki. No bo przybywało rozmaitych produktów, które można było , a nawet trzeba, do zdrowej żywności zaliczyć. Ale brałem w tym udział z pełną świadomością korzyści na przyszłość, bo już wtedy kiełkowała we mnie myśl ?skanalizowania? tych wszystkich rozsypanych tendencji w jednym miejscu i czasie. W taki właśnie sposób myślałem o Targach. Jeździłem zatem, by poznawać ludzi, zdobywać kontakty.
Z przyjemnością więc wziąłem udział w zjeździe bromatologów- farmaceutów, w Ustroniu Śląskim. Tu miałem okazję poznać docenta Wiesława Chorążego, który pojawi się na Targach potem i będzie tu lansował wodę Karlik i Basia, ozdrowieńczą wodę ,.wydobywaną z podziemi kopalni srebra w Tarnowskich Górach. No i to on opowie o dolomicie, z którym będziemy mieli w Tarnowie przygody, które warto tu osobno potraktować.
Sporo skorzystałem z uczestnictwa w kursie żywieniowym w Katowicach. Brałem w nim przez pół roku. Było to meczące, nie miałem samochodu, dojeżdżałem pociągami. Ale warto było. A muszę tu koniecznie dodać, że podtrzymywanie wszelkich takich kontaktów było w tamtych czasach trudne.
Dzisiejsze pokolenie dwudziestoparolatków, które w 1984 roku, roku I Targów Zdrowej Żywności przychodziło na świat ma do dyspozycji telefony komórkowe, pocztę elektroniczną-które w znakomity sposób ułatwiają kontakt z całym światem. Kilka razy wystuka się cyfry i rozmawiamy, na przykład z Chicago. A cóż ja miałem do dyspozycji? Pocztę. Pisanie listów do różnych osobistości i długie oczekiwanie na odpowiedź. Telefony? Istniała ?instytucja? międzymiastowej, jeśli chciało się rozmawia z innym miastem, na przykład z Tychowem. Na zamówione w ?międzymiastowej? połączenie czekało się kilka godzin, dziś to niewyobrażalne, ale mówię o tym, by czytelnicy zrozumieli, jakie techniczne problemy stwarzała komunikacja między ludźmi. Przecież pamiętam jeden z pana kąśliwych felietonów, z cyklu ?Szachowanie Szychem?, w którym opisuje pan perypetie tarnowianina, chcącego uzyskać telefoniczne połączenie z krewnymi w Chicago .Na rozmowę czekał?da tygodnie. Żyliśmy w krainie absurdu, wypełnionego po brzegi groteska. Doprawdy miewam czasem wrażenie, wcale nie takie przesadne, że zorganizowanie w takich warunkach Targów to był istny cud?

-Ten dolomit! Wspominał pan o tym, jak Profesor Aleksandrowicz chciał nim posypywać planty krakowskie.

- I dostało mu się za swoje od kolegów-naukowców. Nazywali go ?magnezjomaniakiem?, taki był uparty w forsowaniu swojej idei. Nie przeszła, tamci ?zdroworosądkowi? zwyciężyli. Wyobraża pan sobie w tamtych latach helikoptery, rozpylające nad Krakowem proszek dolomitowy? Wyśmiano go. A teraz magnez jest składnikiem każdej kroplówki, podawanej choremu. Po jakimś czasie, kiedy już mocno zaangażowałem się w realizację idei propagowania zdrowej żywności i napotykałem w środowisku medycznym- choć byli tacy, którzy mnie zdecydowanie popierali- przypomniałem sobie słowa Profesora: ?najgorzej będzie z tą idea w środowisku medycznym?. Prorocze, niestety, słowa?

Brałem udział w bardzo interesującym sympozjum na temat dolomitu w Kokotkach koło Częstochowy. Tam poznałem naukowców z Gliwic, którzy zajmowali się dolomitem. Postarałem się, żeby trafił do Tarnowa. I trafił! Na początek miłe panie z redakcji Tarnowskich Azotów przyniosły do redakcji wagę i na tej wadze odważały niewielkie ilości proszku, rozdawanego w papierowych torebkach. Marketing, jakbyśmy dziś powiedzieli, nie dysponujący przecież takimi jak dziś możliwościami, był jednak tak przekonujący, że ustawiały się przed redakcją popularnej , zakładowej gazety kolejki jak po wędliny przed świętami. To był wielki triumf dolomitu, który potem skończył się ?aferą dolomitową?!

-Rozdmuchano go sztucznie, celowo. To byli ludzie z grona przeciwników Profesora. Zadziałała prymitywna zazdrość, nie poparta żadnymi argumentami. Ale sprawa odbiła się szerokim echem po Polsce.

-O co poszło?

-Włókna azbestu z jakiegoś remontowanego dachu- kryte były azbestem- dostały się przez otwarte okno do laboratorium.. Zbadano próbki pochodzące z laboratorium Zakładu Chemiczno-Farmakologicznego ?Vis? w Gliwicach i okazało się, ze są skażone. I to nie byle czym- śmiercionośnym azbestem!
To była woda na młyn przeciwników. Dostali argument, i to nie byle jaki, do ręki. I wykorzystali go bezpardonowo. I bezmyślnie. Ogłoszono, że dolomit jest skażony, że nie wolno go zażywać, bo szkodzi zdrowiu. Lekarze twierdzili, że to trucizna, tak się pospieszyli z diagnozą. Strach było się przyznać, że ktoś miał z dolomitem do czynienia, taką stworzono psychozę, jak, nie przymierzając, dziś z ptasią grypa, która okazała się jedną wielką hucpą . Dolomit, skała z magnezem, najczystsza kopalina ,naturalne źródło magnezu, który był szczęśliwie coraz bardziej ?oswajany? przez zwykłych zjadaczy chleba
Nasza pani Stasia byłą zrozpaczona, bo polecała go, w ciągle jeszcze jedynym w Polsce sklepie ze zdrową żywnością. Ja w każdym razie łykałem i do dziś łykam pastylki dolomitowe. Pięć dziennie. I czuję się znakomicie!

-Ale potem ci rozjuszeni wrogowie pochowali się po kątach.

-Ze wstydu, mam nadzieję. To takie typowo polskie piekiełko, niestety?. Nawet nie przeprosili za ewidentny błąd. A my przecież mieliśmy szansę zasypać dolomitem nie tylko planty w Krakowie, ale i całą Europę. Zarobilibyśmy na tym krocie?

-Jak dotąd poruszamy się stale poza granicami Tarnowa. Wrocław, Gliwice, Częstochowa?

-Był jeszcze Poznań. Jeździłem tam, żeby podpatrywać tamtejsze, wielkie, międzynarodowe targi. I nawiązywać kontakty, które zresztą już miałem- z firma Unicom, o której już tu wspominałem, producentem otrąb.

-No właśnie. A co z miejscowymi producentami?

-Mówiłem już o Janie Winiarskim .Ich pieczywo będzie wielokrotnie obecne na Targach, i nagradzane. Byli tez inni lokalni biznesmeni, choć jeszcze nie w takim wymiarze, jakby można to sobie było życzyć. Byli panowie Ryszard Godlewski, Władysław Czaja, pojawił się Janusz Kasztelewicz ,pszczelarz ze Stróż, którego poznałem jeszcze w 1969,na moim ślubie. Bo produkty pszczele, miody i pochodne stawały się coraz modniejsze i zyskały szybko prawo obywatelstwa w idei zdrowej żywności. Terapia miodem i u nas stawała się modna. W Hiszpanii, dodam przy okazji, miodem leczą nawet w?klinikach psychiatrycznych. To wtedy byłem gościem Apimondii- Światowego Zjazdu Pszczelarzy w Krakowie. Prezesem Polskiego Związku Pszczelarzy był wtedy słynny ksiądz Henryk Ostach, który wspaniale wypromował nikomu nieznaną wieś Kamianna- jako liczący się w kraju ośrodek pszczelarstwa. Kamianna na Sądecczyźnie stałą się z powodu pszczelarstwa tak sławna w Polsce, jak potem Tarnów dzięki Targom.

-Wspominał pan też o tych tajemniczych cokolwiek wodach z kopalni srebra?

-To z kolei dzięki moim kontaktom z docentem Chorążym trafiły one do Tarnowa. Zrobiły prawdziwą furorę. Proszę pamiętać, że te wszelkie ?etapy przygotowawcze?, które w końcu doprowadziły do Wielkiego Finału, czyli do Targów, te ?małe kroczki?- te wszelkie sympozja, spotkania, prelekcje ,pokazy- zaowocowały w końcu wielkim , powszechnym zainteresowaniem ludzi zdrową żywnością. I to byłą słuszna linia , która Targom utorowała drogę. Wszelkie nowinki z kategorii zdrowej żywności były bardzo entuzjastycznie przyjmowane przez tarnowian. Tak też było z wodami Karlik i Basia. A towarzyszyła im pewna aura tajemniczości- to właśnie, ze wydobywane są z podziemi nieczynnej już kopalni srebra. Były one nasycone rozmaitymi mikroelementami. Wiedzieliśmy też, że na Śląsku podawane są górnikom, pracującym w trudnych warunkach pod ziemią. Doskonale wzmacniały organizm. No i kiedy trafiły także do Tarnowa początkowo dostępne niemal wyłącznie pracownikom Zakładów Azotowych, potem także zamawiane przez PSS ?Społem? do sklepów- przyjęto je tu bardzo dobrze. A warto przypomnieć, że był to epoka, kiedy zachłysnęliśmy się powszechnym już dostępem do ?amerykańskiego delikatesu,_pepsi -coli, raptem kilka lat wcześniej oferowanej wyłącznie w pewexach, sklepach gdzie kupowało się luksusowe towary zachodnie za dolary amerykańskie.

-A teraz Karlika i Basi nie ma?

-Sam nie wiem, po tylu latach, dlaczego? Szkoda, wielka szkoda, że zniknęły z naszych sklepów. To były wody znacznie cenniejsze niż wszelkie mineralne, obecnie będące w sprzedaży. Wody z podziemia, ale z górnej półki!

- No i doszliśmy wreszcie, krok po kroku- do naszych Targów?

-Tak! Trzeba było czasu, kontaktów, koncepcji?Tak się szczęśliwie złożyło, że współpracowałem efektywnie z redakcją Tarnowskich Azotów. Ta zakładowa gazeta była bardzo popularna wśród wielotysięcznej wtedy załogi tego największego w regionie zakładu przemysłowego, prawdziwego giganta polskiej chemii. Zamieszczałem tam felietony- w sumie ukazało się ich ponad czterysta – na temat zdrowej żywności. Redaktor naczelny Zygmunt Koper odnosił się bardzo przyjaźnie do tej inicjatywy. No i wiele pomógł w organizowaniu Targów. A miał, jak to się określało-?przełożenie? na dyrekcję przedsiębiorstwa. Bez ich pomocy zorganizowanie tak wielkiej imprezy nie byłoby organizacyjnie, techniczne, możliwe. Włączył się też z całym sercem do realizacji inicjatywy dyrektor Zakładowego Domu Kultury Jerzy Szawica.

- To pewien paradoks: Zakłady Azotowe były wtedy na słynnej liście 80 największych trucicieli w kraju. Chemia, nawozy sztuczne- i tu wspomagają zdrową żywność?

- Ciekawe spostrzeżenie! Może był to rodzaj, niezamierzonej chyba jednak- ekspiacji za tamte ? grzeszki?. W każdym razie nam kimś trzeba było się oprzeć. Wielki państwowy zakład to i wielkie pieniądze. Tylko oni mogli nam tak efektywnie pomóc. I pomogli. Mieli bazę, wiec pierwsze targi zlokalizowaliśmy w hallu Zakładowego Domu Kultury. Przydało się doświadczenie w organizowaniu wielkich imprez dyrektora Szawicy.

- Było jakieś grono specjalistów, które dopuszczało produkty do pokazania ich na takiej specjalistycznej imprezie? W końcu to były Targi Zdrowej Żywności. Wąsko wyspecjalizowane?

- Przed tymi pierwszymi jeszcze nie. Zapraszaliśmy tych producentów, których wcześniej udało mi się poznać. Przyjechali wszyscy. Stoiska znajdowały się w samym hallu, ale także przed wejściem do placówki. I może z tego powodu ta pierwsza impreza miała pewien posmak jarmarku odpustowego. Kramy, rozmaite stoiska. Tyle, że nie z balonikami na druciku, bez cukrowej waty- choć gdzieś tam w rogu pojawiła się jednak. Bo przychodziły tu całe rodziny .Była atmosfera radosnego pikniku. I tak będzie już zawsze, do kiedy tylko targi będą się w Tarnowie odbywać. Takie jakby rodzinne święto.
Ofert było wiele: te wody magnezowo-wapniowe, otręby, herbatniki z ziołami jodowana sól, kiełki pszeniczne, miody dzięki Januszowi Kasztelewiczowi , szefowi Bartnika w Nowym Sączu, wolne od cholesterolu wyroby drobiowe, na obleganym przez wszystkich z powodu słynnych kabanosów drobiowych stoisku Konspolu , których tu zupełnie nieznano i w ogóle na ubogim rynku ówczesnym były rarytasem. I ziołomiody, które wywołały potem awanturę, pszczelarze uważali, że to skandal, bo ziołomiody to nie to samo co miód, chrupki kukurydziane Zbigniewa Kośli z Ostrowca Świetokrzyskiego, zarodki pszenne Zbigniewa Wrońskiego z firmy Bacoma, dolomit, ?Taka scena z dworca PKP, niesłychanie malownicza grupka kilkudziesięciu dziennikarzy z Warszawy, budzących zainteresowanie podróżnych, bo byli obładowani wielkimi naręczami tych chrupek. Żywa reklama!
A wszystko to służyło idei naczelnej: profilaktyce. Zasadzie: nie leczyć, bo to drogo kosztuje, ale nie dopuścić do choroby i jej rozwoju, właśnie poprzez lansowanie zdrowej żywności.

-Ale zauważyłem tez, że były i lody z proszku?Chemia jednak!

-Nie dało się uniknąć takich ewidentnych nieporozumień, skupieni byliśmy na organizacji, nie mieliśmy doświadczenia, specjalistów, stąd takie nieporozumienia, które zresztą potem skutecznie wyeliminowaliśmy. Komisja oceniająca produktu była ciałem amatorskim, w jej skład wchodzili min. dziennikarze, rozmaici działacze. Ale pierwsze koty za płoty.
O szczególnym zainteresowaniu, jakie towarzyszyło wystawianym tu produktom świadczy scenka, jaką dyskretnie zaobserwowałem przez przypadek zresztą. Otóż na jednym ze stołów były podane na tacach podane rozmaite przysmaki: surówki, herbatniki z serkami, kanapki. Jedna z pań, rozglądając się na boki, zwinęła całą tackę ?tropików? do swojej torby. Do dziś mam to zdarzenie przed oczami. Cóż za piękny symbol fanatyzmu zdrowożywnościowego!

O tym, jakim pionierskim przedsięwzięciem były pierwsze Targi niech świadczy fakt, że rusztowania pod stoiska ustawialiśmy sami, nie było mowy o jakiejś specjalnej brygadzie. Mnie pomagały w tym moje dzieci, a obok ustawiał stoisko tarnowskich pszczelarzy zajmujący się pszczelarstwem w Tarnowie Roman Ciepiela, późniejszy prezydent Tarnowa, a dziś ( 2009) wicemarszałek Sejmiku Małopolskiego?
Obserwatorem I Targów był min. biskup Waldemar Kozłowski z tarnowskiego Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Ten Kościół miał swoje filie szeroko na świecie i dzięki temu informacja o tarnowskich targach ukazała się w ich pismach na całym świecie- w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Wielkiej Brytanii, Francji, Australii. To była pierwsza, bardzo istotna korzyść z Targów dla miasta: świat, już nie tylko Polska, dowiedział się o Tarnowie. Po raz pierwszy w trak szerokim wymiarze. Dziś trzeba byłoby zaangażować niemały, biurokratyczny aparat i spore pieniądze, by taki cel osiągnąć, wtedy osiągnęliśmy to zupełnie amatorskimi siłami.
A Adwentyści pojawią się na Targach także ? fizycznie?, ze swoim stoiskiem przyjedzie tu duńska firma ?Nutana? i pokaże, jakie cuda można zrobić ze zwykłej soi?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>