Skłodowska we Francji – głos serca pomógł zatriumfować rozumowi.

Sprzeczne emocje towarzyszyły Marii Skłodowskiej, kiedy po studiach na Sorbonie rozważała powrót do ojczyzny. Nad patriotycznymi uczuciami przeważyła jednak miłość do mężczyzny. Razem z nim zdobyła później swoją pierwszą nagrodę Nobla. O swoich studiach w Paryżu Maria Skłodowska wspominała, że sprawiały jej trudności. Nauka w Polsce pozostawała wówczas nieco w tyle za światowymi osiągnięciami, głównie z powodu zaborów. Lekcje, pobierane w laboratorium warszawskiego Muzeum Przemysłu i Rolnictwa pozwoliły jej zdać egzaminy wstępne, ale nie pozwoliły jej czuć się równie pewnie jak koledzy z Europy Zachodniej. Krytycznie oceniała też swoją znajomość francuskiego. Ponadto prawie nie miała z czego żyć. Z biografii noblistki, napisanej przez jej córkę Ewę, wynika, że przez pierwszy rok we Francji Skłodowska głodowała i marzła, mieszkając w wynajętym możliwie najtaniej pokoju. Niemniej licencjat z fizyki uzyskała z najwyższą możliwą oceną, a rok później z matematyki z drugą najwyższą. „Miała fantastycznych wykładowców, którzy, tak jak prof. Gabriel Lippmann, potrafili poruszyć wyobraźnię” – mówi dyrektor Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie Małgorzata Sobieszczak-Marciniak.

Jeszcze na studiach poznała swojego przyszłego życiowego partnera. „Otrzymała temat pracy zleconej i nie miała gdzie przeprowadzić badań. Z pomocą przyszedł jej prof. Józef Wierusz-Kowalski – Polak, który wykładał we Fryburgu w Instytucie Fizyki. Bawił on w Paryżu z żoną, którą Maria znała jeszcze z Warszawy. Zaprosili ją do siebie do domu. Prof. Wierusz-Kowalski pomyślał, że pomoże jej zaprzyjaźniony z nim fizyk francuski, który był człowiekiem młodym, ale już na tyle znanym, że w środowisku cenionym. Przedstawił więc Marii Piotra Curie” – opowiada Sobieszczak-Marciniak.

Początkowo stanowili jedynie parę współpracowników. „I Maria i Piotr byli po przejściach, związanych z nieudanymi wcześniejszymi związkami. Okazało się z czasem, że mają o czym rozmawiać, że łączy ich wspólna pasja. Od tego się zaczęło. Zaczęli się spotykać i oczywiście musiało pojawić się jakieś iskrzenie między nimi. Początkowo jednak ich spotkania i rozmowy dotyczyły fizyki i chemii. Pierwszy prezent, który Maria dostała od Piotra, to była broszurka z jego artykułem z ciepłą dedykacją” – mówi dyrektorka muzeum uczonej.

Zaloty Piotra Curie były bardzo subtelne. W listach podkreślał, że szanuje skupienie wybranki nie tylko na nauce, ale też na marzeniu o wyzwoleniu ojczyzny. Maria wahała się przez rok zanim przyjęła oświadczyny. Wyjście za Francuza wiązało się bowiem z porzuceniem planów powrotu na stałe do Polski. Sprawę mógł uprościć fakt, że jako świeżo wykształcona osoba, w dodatku płci żeńskiej, nie mogła znaleźć w Polsce pracy na żadnym uniwersytecie. Nie oznacza to jednak, że decyzja przyszła jej łatwo.

„Nie chciała opuszczać Polski. Traktowała swój wyjazd na studia jako inwestycję. Planowała wykształcić się i wrócić żeby uczyć. Ponadto ojciec był już coraz starszy i podupadał na zdrowiu. Ponadto Maria była wychowana w określony sposób, więc wyprowadzkę na stałe mogła traktować niemal jak zdradę, uważając, że nie wolno zostawiać kraju w opresji. Z drugiej strony, każdy z nas był kiedyś zakochany. A tutaj jeszcze przy okazji trafiła na człowieka, nie tylko po ludzku ukochanego, ale też będącego towarzyszem pracy i podzielającego pasję” – podkreśla Sobieszczak-Marciniak.

„Wydaje mi się, że to był bardzo fajny układ. Być może nie było tam szaleństwa, wielkich emocji, natomiast była wspólna pasja, która spowodowała, że stali się sobie bliscy” – dodaje.

Ślub Marii z Piotrem można więc traktować jak zawiązanie wyjątkowego zespołu badawczego. Jego członkowie odpowiedzi na fundamentalne pytania w dziedzinie chemii i fizyki szukali nie tylko w godzinach pracy w laboratorium, ale też w domu, czasem do późnej nocy, kiedy już położyli spać swoją małą córeczkę. Piotr porzucił nawet własne badania nad kryształami, które wcześniej zaowocowały znaczącymi dokonaniami, by zaangażować się w doktorat żony – poszukiwanie promieniotwórczych pierwiastków znajdujących się w rudzie uranowej oraz badanie samego zjawiska promieniotwórczości. Nie stracił na tym – doktorat zaowocował Noblem w dziedzinie fizyki. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale rzeczywiście madame Skłodowska-Curie w tym samym roku broniła pracy doktorskiej i odbierała najwyższą nagrodę naukową na świecie.

Państwo Curie podzielili się nagrodą z odkrywcą zjawiska promieniotwórczości Antoinem Henrim Becquerelem, którego wcześniejsze badania kontynuowali.

„Becquerel odkrył spontaniczną promieniotwórczość niejako przez przypadek. Pracował nad promieniowaniem rentgenowskim. Badał m.in. próbkę zawierającą sole uranu, a do badania z użyciem kliszy fotograficznej potrzebował światła słonecznego. Przez kilka dni słońca nie było, więc zapakował to wszystko w karton, razem z próbką rudy. Po kilku dniach chciał kontynuować pracę, ale okazało się, że klisza pomimo odizolowania od światła dziennego była prześwietlona” – opowiada Sobieszczak-Marciniak.

W przypadku odkryć Marii i Piotra Curie nie można mówić o szczęściu. Maria wybrała promienie Becquerela na temat swojej pracy doktorskiej, ponieważ było to zjawisko przez nikogo jeszcze dokładnie nie zbadane. Najpierw więc zajęła się  potwierdzeniem wyników, uzyskanych przez starszego badacza i rzeczywiście ustaliła, że związki uranu oraz próbki rudy, zawierającej ten pierwiastek, w różnym stopniu spontanicznie wytwarzają promieniowanie, powodujące, że powietrze zaczyna przewodzić prąd elektryczny. Później po kolei sprawdziła, czy przypadkiem takiego promieniowania nie wytwarzają inne znane substancje. Okazało się, że jeden z pierwiastków – tor, owszem, jest radioaktywny, chociaż słabo. Przy okazji pojawiła się jednak pewna nieścisłość – badane przez Skłodowską próbki rudy uranu promieniowały silniej, niż czyste, wydzielone z nich sole uranu.

Po wielokrotnym sprawdzeniu czy nie doszło do pomyłki, młoda uczona postawiła tezę, że wobec tego muszą istnieć jakieś nieodkryte jeszcze pierwiastki promieniotwórcze i przedstawiła świadczące o tym dowody. Dodatkowe badania wskazywały, że takie pierwiastki w rudzie uranowej są dwa. Najpierw w 1898 r. w lipcu uczeni zidentyfikowali pierwszy z promieniotwórczych pierwiastków i nazwali go na cześć Polski polonem. „Oczywiście natychmiast napisano komunikat do Francuskiej Akademii Nauk ze szczegółowym opisem nowego pierwiastka. Zaraz potem wystosowali komunikat do polskiej prasy, co jest nie bez znaczenia jeśli chodzi o kontakty Marii z ojczyzną i z polską nauką. Odkrycie następnego pierwiastka – radu, ogłoszono w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, także w 1898 r.” – opowiada Sobieszczak-Marciniak.

Samo wykazanie, że istnieją jakieś nieznane pierwiastki to jednak z naukowego punktu widzenia dopiero początek drogi. Nieznany pierwiastek trzeba wyizolować z mieszaniny różnych substancji, oczyścić i dokładnie zbadać, pod względem jego właściwości fizycznych i chemicznych. Tym właśnie zajęli się państwo Curie.

„W sposób bardzo dokładny i żmudny poddawali analizie kilka ton blendy smolistej, którą otrzymali od rządu austriackiego. To były odpadki z kopalni uranu w Jachimowie (Czechy – PAP). To była bardzo precyzyjna praca techniczna. Tu już nie ma mowy o przypadku. Wiedzieli, czego szukają” – tłumaczy dyrektorka muzeum Marii Skłodowskiej-Curie. Po niemal czterech latach takiej pracy Marii udało się wyizolować jeden decygram radu w postaci jego trwałej soli i określić jego ciężar atomowy – 225. Stało się to w 1902 r. Dopiero w trakcie badan okazało się, że rad stanowi zaledwie jedną milionową część rudy uranowej. Wcześniej uczeni zakładali, bazując na sile jego promieniowania, że jego stężenie w rudzie wynosi ok. 1 proc.

Na potrzeby swoich badań państwo Curie oraz współpracujący z nimi Becquerel udoskonalali sposoby pomiaru radioaktywności. Wiele prac poświęcili też samej naturze tajemniczych promieni. Na cześć tych uczonych zostały nazwane zaproponowane później jednostki radioaktywności – nieużywany już kiur i wciąż stosowany bekerel. Nagrodę Nobla przyznano tej trójce już w 1903 r. Połową kwoty nagrody uhonorowano odkrywcę promieniotwórczości – Becquerela. Pozostałą część podzielili między siebie Maria Skłodowska-Curie i jej mąż Piotr.

Uzasadniając werdykt Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk, jej ówczesny przewodniczący prof. Ragnar Toernebladh przypomniał, że za badania w tej samej dziedzinie przyznano dwa lata wcześniej pierwszą w historii nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Otrzymał ją Wilhelm Conrad Roentgen za odkrycie tajemniczych, niewidzialnych promieni „X”, przenikających przez większość substancji, ale posiadających część własności światła, np. zaczerniających kliszę fotograficzną. Roentgen zaobserwował, że promieniowanie to emituje katodowa lampa próżniowa.

Laureaci z 1903 r., jak mówił Toernebladh, dowiedli, że takie samo promieniowanie emitowane jest spontanicznie przez niektóre pierwiastki, występujące w naturze, a różne pierwiastki emitują je w różnym stopniu. „Dowiedzieliśmy się o zupełnie dla nas nowej własności materii – zdolności do emitowania, jak się wydaje zupełnie spontanicznie, tych niezwykłych promieni. Zyskaliśmy nowe metody badania materii obecnej w przyrodzie, nieskończenie dokładniejsze niż znane dotychczas. Wreszcie, odkryliśmy nowe źródło energii, którego pełne wyjaśnienie jest dopiero przed nami. To z pewnością będzie stanowiło impuls do badań o najwyższej wartości, zarówno w dziedzinie fizyki, jak i chemii” – podkreślił Toernebladh w swoim wystąpieniu podczas ceremonii wręczenia nagrody Nobla 10 grudnia 1903 r.

Rzeczywiście, naukowy świat docenił wagę tych prac również w dziedzinie chemii. W 1911 r. Maria Skłodowska-Curie dostała drugą nagrodę Nobla. Gdyby jej mąż wówczas jeszcze żył, prawdopodobnie otrzymaliby nagrodę oboje. Jednak Piotr Curie zginął w wypadku w 1906 r., pozostawiając Marię z dwoma małymi córeczkami. Henri Becquerel również nie doczekał tej chwili. Nagrodę za odkrycie dwóch nowych pierwiastków – polonu i radu – otrzymała sama Maria i w ten sposób została jedyną w dotychczasowej historii osobą, uhonorowaną nagrodą Nobla w dwóch różnych dziedzinach nauki.

Skłodowska była jednocześnie pierwszą kobietą w historii, która dostała jakiegokolwiek Nobla. A jej płeć miała spory wpływ na okoliczności przyznania jej obu wyróżnień. Za pierwszym razem zawirowania były związane z osobą jej męża, za drugim z osobą jej kochanka.

„W 1903 r. Maria otrzymała nagrodę Nobla po osobistej, bardzo stanowczej interwencji Piotra. Dotarły do niego informacje, że ma on dostać to wyróżnienie, wysłał więc list do akademika szwedzkiego, matematyka Gustawa Mittag-Lefflera. Napisał w nim, że wszystkie prace były wykonywane wspólnie z Marią i w dodatku w dużej mierze ona była motorem tych prac i byłoby bardzo źle, gdyby Maria nie otrzymała tej nagrody. Mittag-Leffler był ważną osobą zarówno w Akademii, jak i w nauce szwedzkiej w ogóle. Uwzględniono więc te argumenty i Maria dostała Nobla” – opowiada Sobieszczak-Marciniak.

Zawiść ludzka, której nigdy nie brakowało, w połączeniu ze stereotypami dotyczącymi płci, spowodowały rozpowszechnienie się przekonania, że Maria jedynie asystowała mężowi w pracy i to jego zasługi ściągnęły uznanie na nią. „Niektórzy złośliwi twierdzili, że wkład Marii w odkrycie polonu i radu polegał na parzeniu mężowi herbaty” – mówi dyrektorka muzeum uczonej.

Tych wątpliwości nie można było już podnosić, kiedy akademia postanowiła przyznać Nobla w 1911 r. samej Marii. Pojawiły się jednak zastrzeżenia natury obyczajowej. Mniej więcej bowiem w czasie, gdy ogłoszono, że laureatką zostanie Skłodowska-Curie, na światło dzienne wyszła jej bliska znajomość z żonatym mężczyzną. Był nim wybitny fizyk Paul Langevin, współpracownik małżeństwa Curie, uczeń Piotra i Marii. Jedna z paryskich gazet weszła w posiadanie listów, jakie kochankowie pisali do siebie i opublikowała je, wywołując skandal i powszechne potępienie dla Marii, którą obwiniano o rozbicie rodziny Langevina.

„Brukowce paryskie szalały. Na Marię spadały różne epitety. Maria to bardzo głęboko przeżyła. Paul wyzwał na pojedynek wydawcę tej gazety, do pojedynku jednak w końcu nie doszło” – mówi Sobieszczak-Marciniak, dodając, że skandal wpłynął też na opinię komitetu noblowskiego.

„Maria otrzymała kilka listów od szwedzkiego akademika Svante Arrheniusa, który namawiał ją, żeby nie przyjeżdżała do Sztokholmu po odbiór nagrody, bo wybuchnie skandal. Napisał też, że gdyby Akademia wiedziała wcześniej jak ona się prowadzi, to pewnie by jej tej nagrody nie przyznała. Ona odpisała, że w testamencie Nobla nie ma ani słowa o tym jak mają się prowadzić laureaci nagrody, tylko o tym, że jest ona przyznawana za odkrycie, które ma służyć dobru ludzkości” – opowiada dyrektorka muzeum.

Maria Skłodowska-Curie pojechała więc do Sztokholmu, odebrała nagrodę, a szwedzkie kobiety, zamiast okazać jej potępienie, podjęły ją wystawnym obiadem. Romans uczonej skończył się jednak wkrótce. Współpracowała z Langevinem podczas badań naukowych, ale związek się rozpadł. Jednak po dwóch pokoleniach związane z nauką i przyjaźniące się wciąż rodziny połączyły się również więzami uczucia. Michel Langevin, wnuk Paula, ożenił się z Helene Joliot, wnuczką Marii. Oboje są fizykami jądrowymi.

PAP – Nauka w Polsce, Urszula Rybicka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>