Ciekawość świata. Z podróżnikiem Zdzisławem Janem Rynem rozmawia Justyna Tomska

Zdzisław Jan Ryn (ur. 1938 r. w Szczyrku) – profesor psychiatrii w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie i Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach. Członek Honorowy wielu towarzystw naukowych. Dr h.c. Universidad Cientifica del Sur w Limie. Autor i wydawca 32 książek i 430 artykułów naukowych. Członek The Explorers Club (FI’99). Lekarz wypraw wysokogórskich (Kaukaz, Hindukusz, Andy). Badacz medycyny i antropologii Indian Ameryki Łacińskiej. Kierownik naukowy wypraw na Wyspę Wielkanocną (1995–2010). Członek Honorowy Polish-American Travelers Club. Ambasador RP w Chile, Boliwii (1991–1996) i Argentynie (2007–2008). Prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny i Ratownictwa Górskiego. Odznaczenia: Cruz Grande Orden de Merito de Chile, Bene Meritus Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Nagroda Augusto Castelló Roca w medycynie górskiej (Hiszpania). Mieszka w Krakowie.

Opowie mi pan o dwóch niebezpiecznych przygodach, jakie pan przeżył?

Miałem kilka trudnych momentów, które przeżyłem w górach na dużych wysokościach. Jeden dotyczył trochę lekkomyślnej eskapady w Boliwii. Na przełomie roku, przed sylwestrem, zamiast pojechać na bal z przyjaciółmi z ambasady, postanowiłem wykorzystać weekend noworoczny i na motocyklu wybrałem się w samotną eskapadę po Altiplano, czyli po płaskowyżu andyjskim u zbiegu granic Boliwii, Peru i Chile. Tereny kompletnie bezludne. Miałem tylko mapę wojskową, na której zaznaczone były jakieś szlaki wędrowne. Drugiego dnia nagle w poprzek szlaku stanęła wartka rzeka, oczywiście bez mostów. No więc najpierw wszedłem do wody, żeby wysondować, czy w ogóle jest szansa przejazdu motocyklem. Okazało się, że woda sięgała do połowy ud. Udało mi się dotrzeć do połowy rzeki, kiedy porwał mnie prąd i przekoziołkowałem pod wodą.

Na jakiej wysokości to było?

4500 m n.p.m., zmierzch, temperatura poniżej 0 stopni, proszę sobie wyobrazić kąpiel w tych warunkach. Z trudem się pozbierałem, postawiłem pod wodą motocykl i resztkami sił wypchnąłem go na przeciwległy brzeg. Oczywiście silnik zgasł. Znalazłem się w kłopotliwej sytuacji, bo motocykl był nie do użycia, a zbliżała się noc. Założyłem improwizowany biwak w płachcie biwakowej, którą na szczęście zabrałem.

Ubrania na zmianę?

Część uratowała się w plecaku, bo była zapakowana w folię, więc kilka suchych rzeczy miałem, ale pozostałą część po prostu wyżąłem i włożyłem z powrotem na siebie. Wysychały na mnie. Nad ranem dygotałem z zimna, noc spędziłem na granicy snu i czuwania. Ocknąłem się w napadzie lęku, że się duszę. Okazało się, że spadło około pół metra śniegu i przysypało mnie pod płachtą. I nagle – to mi się zdarzyło drugi raz w życiu – doznałem iluzji słuchowych. Był to skutek wyczerpania, wychłodzenia organizmu i wysokościowego niedotlenienia. Wydawało mi się, że słyszę głosy moich kolegów z wyprawy gdzieś sprzed 10 lat w Hindukuszu. Koledzy kpili ze mnie: „ale ten Ryn się dał wpakować w kabałę, jak mógł dopuścić do zagrożenia życia?”. Te głosy natrętnie się powtarzały. Uświadomiłem sobie, że mam doznania patologiczne. Wydostałem się spod śniegu, otaczała mnie gęsta mgła. Gdy mgły się rozrzedziły, daleko w dolinie zobaczyłem maleńkie pueblo indiańskie. Z jednego szałasu wydobywał się dym. Pomyślałem: „no to do iluzji słuchowych dołączyły się halucynacje wzrokowe”. Po jakimś czasie, gdy wzeszło słońce, okazało się, że owszem głosy były iluzoryczne, ale wioska rzeczywista.
Z pomocą Indian kilofem wydobyliśmy zamarznięty w błocie motocykl, sprowadziliśmy go do wioski, i w ciągu doby udało się rozebrać silnik, osuszyć i uruchomić. Po dwóch dniach mogłem wrócić do cywilizacji.

A druga sytuacja?

Mój upadek na lodowcu na stokach Cerro Ameghino w Andach, w sąsiedztwie Aconcagui. Wierzchołek ma dokładnie 6000 metrów. Wejście miało być częścią aklimatyzacji i treningu, w oczekiwaniu na poprawę pogody przed atakiem na Aconcaguę. Jako towarzysza wspinaczki zabrałem mało doświadczonego kolegę. Weszliśmy na Cerro Ameghino bez większych trudności. W drodze powrotnej bezpiecznie zeszliśmy z partii wysokościowej w kierunku bazy wyprawy. Zostały nam do pokonania pola śnieżne pokrywające kaskady lodowca. Wydawało mi się, że jest bezpiecznie; zdjęliśmy raki, aby zjechać po polach śnieżnych i szybciej dotrzeć do bazy. Okazało się, że popełniłem szkolny błąd. Nie przypuszczałem, że warstwa śniegu przykrywała szklankę lodu. Gdy zrobiłem pierwszy krok bez raków, urwała się tafla śniegu. Zacząłem spadać po kaskadach lodowca. Jedyne, co mi się udało zrobić, to czekanem ustawić się przy spadaniu nogami w dół, a głową w górę. Uświadomiłem sobie, co mnie czeka na dole. Wiedziałem, że kaskady kończą się piargiem kamiennym i że wyrżnę w końcu w te kamienie. Do dzisiaj pamiętam, jak z całą precyzją, w zwolnionym tempie, bez pośpiechu analizuję, co będzie dalej.

A gdyby na butach były jednak raki?

Najprawdopodobniej płat śniegu i tak by mi uciekł spod nóg, a ja trafiłbym do warstwy lodu i na lodzie może bym się zatrzymał. Mało to prawdopodobne, ale możliwe.

A co na to wszystko żona?

Żegnała mnie zawsze z obawami, można powiedzieć, że nigdy nie wyrażała zgody. Akceptowała jednak moją potrzebę przygody i wypraw. Doceniała także to, że coś z tego wynika, że to nie jest wspinanie dla samego wspinania. Na każdą wyprawę przygotowywałem jakiś choćby najskromniejszy program naukowo-badawczy. Czy to obserwację dynamiki grupy wyprawowej, czy badania o charakterze fizjologicznym. W wyprawie na Aconcaguę pobierałem próbki krwi do zbadania stężenia glukozy w trakcie aklimatyzacji. Używałem po raz pierwszy elektronicznego glukometru, wypożyczonego od przyjaciół z Wielkiej Brytanii. Prowadziliśmy też badania nad obecnością elementów radioaktywnych w lodowcach, jako skutku eksplozji jądrowych na Polinezji Francuskiej. Dla profesora Jerzego Niewodniczańskiego z AGH pobieraliśmy próbki lodu z różnych głębokości. Okazało się, że wiatry przenosiły skutki tych eksplozji, a te osadzały się w strukturach lodowca. Eksplozje na Polinezji „zapisały się” w Andach. Najciekawsze okazały się jednak obserwacje zaburzeń snu i rejestracja marzeń sennych w warunkach wysokogórskiej aklimatyzacji.

Człowiek ledwo zipie na tej dużej wysokości i jeszcze musi wiercić dziury w lodowcu? Z jakimi demonami pan walczy?

Ma pani rację, pasjonują mnie sytuacje ekstremalne. Wiąże się to w jakimś stopniu z urazowymi doświadczeniami wczesnego dzieciństwa, pamięcią wojny i okupacji. Żyliśmy wtedy w skrajnej biedzie, głodzie i zimnie. Być może to zdecydowało, że w życiu zawodowym zająłem się przede wszystkim byłymi więźniami obozów koncentracyjnych. Około 200 publikacji poświęciłem tej tematyce.

Jakiś obraz odradza się w pamięci?

Pamiętam scenę, kiedy nasz dom w Szczyrku płonął. Zostaliśmy uwięzieni w piwnicy. Z płomieni wydostaliśmy się dzięki temu, że w ostatniej chwili ktoś wyważył kraty w oknie. Pamiętam scenę, jak dym wdziera się do piwnicy, a na ziemniakach, na rozprutej i pokrwawionej pierzynie umiera rosyjski żołnierz.

To może pokiereszować psychikę.

Proszę sobie wyobrazić inną sytuację. Mieszkamy z mamą i młodszym bratem na strychu, przygarnięci przez sąsiadów. Notabene dzisiaj jest tam pensjonat. Bardzo tęskniliśmy za tatą, który nie mógł być z nami, bo działał w ruchu oporu i ukrywał się w lesie. Tęsknota była ogromna, i w końcu ubłagaliśmy, aby nas odwiedził. Pamiętam, przyniósł nam kolejkę na parę. Jeździła na kawałku szyny, a zbiornik z wodą ogrzewany świeczką produkował parę wodną. Ojciec uruchamia kolejkę, i nagle na strych wpada gestapo. Zabierają ojca. Prowadzą go przez góry na czeską stronę do Karwiny wraz z kilkunastu innymi działaczami ruchu oporu. Ojcu i jednemu z kolegów udaje się zbiec pod osłoną nocy. Wszyscy inni zostali spaleni w stodole.

Co pan poczuł, gdy gestapo wtargnęło na strych?

Strach i poczucie winy. Ale gorzej byłoby wtedy, gdyby ojciec znalazł się w tamtej stodole. To byłby dramat emocjonalny. Dużo czasu zajęło mi uporządkowanie w sobie tych doświadczeń. Na samym sobie potwierdziłem słuszność koncepcji Freuda: wagę urazów wczesnodziecięcych w kształtowaniu osobowości i późniejszego życia.

Ale świeciło czasami słońce?

Miałem może ze 4 lata, może ciut więcej, to był czas okupacji, Niemcy byli jeszcze w Szczyrku, choć Rosjanie powoli spychali ich na zachód. Łowiliśmy z chłopakami w Żylicy pstrągi pod kamieniami. Któryś z chłopaków krzyknął, że jedzie patrol gestapo. Rzeczywiście dwóch na rowerach jechało wzdłuż rzeki. Pędem pochowaliśmy się w zaroślach wikliny. Leżę sobie w tej wiklinie, słońce grzeje mnie po plecach, przede mną żółty mlecz, i nagle ktoś mnie chwyta i podnosi do góry. Z przerażenia nie pamiętam, co się działo potem. Do siedziby gestapo wezwano moją matkę, i ona mi później opowiadała, że zastała mnie usmarkanego, z ustami pełnymi cukierków. Dawali mi te cukierki, żebym podał imiona kolegów, z którymi uciekałem. Opowiadała mi mama, że chyba się porobiłem w majtki ze strachu. Ale była ze mnie dumna, bo żadnego nazwiska nie podałem. Potem jej mówiłem, że jak mogłem podać, skoro miałem usta pełne cukierków?
Po tym wszystkim przez wiele lat, już jako lekarz zajmujący się byłymi więźniami obozów koncentracyjnych, nie byłem w stanie pojechać do Niemiec na konferencje naukowe poświęcone tej problematyce. Obserwowaliśmy w latach 60., 70. XX wieku, jak rodziło się poczucie winy w drugim pokoleniu Niemców. Odbywały się ważne konferencje naukowe w Polsce i w Niemczech.
Dramatyczne skutki tych urazów odezwały się niespodziewanie kilkadziesiąt lat później. W roku 1991 zostałem ambasadorem RP w Chile. Zgodnie z protokołem wprowadzono mnie do Pałacu Prezydenckiego La Moneda, gdzie miałem złożyć listy uwierzytelniające prezydentowi Chile. Musiałem przejść po czerwonym dywanie do wewnętrznego patio wzdłuż podwójnego szpaleru… „gestapowców”. Chilijska policja i piechota przyjęły pruskie wzory mundurów, przypominające niemieckie! Resztę dopełniły krzykliwe komendy musztry kompanii honorowej. Gwałtownie odżyły wspomnienia z dzieciństwa, oblałem się zimnym potem, z trudem zapanowałem nad sytuacją. Myślę, że pokolenie, które dzieciństwo spędziło w tamtym okresie, ma podobny rodzaj doznań i traumy.

Nie miał pan łatwego życia.

To prawda. Ale z drugiej strony wspinanie po górach wzmacnia obraz samego siebie: „potrafię przeżyć, pokonam samego siebie”.

Himalaizm, andynizm, alpinizm to sport czy szaleństwo?

Czasami mówi się, że jest to sport samobójców. Wiele razy o tym mówiłem, że w alpinizmie wysokogórskim, zwłaszcza w himalaizmie, więcej jest udręki niż ekstazy, że u alpinistów występują ukryte, nieuświadamiane do końca tendencje masochistyczne, a więc zadawanie sobie cierpienia za własne pieniądze, za cenę życia rodzinnego, a nieraz za cenę życia. Narażają się po to, żeby przeżyć ten szczególny moment wejścia na szczyt, tak iluzoryczny, tak trudno uchwytny.

Dlaczego iluzoryczny?

Niektórzy zdobywcy Everestu w ogóle nie pamiętają, że byli na szczycie, amnezja kompletna.

Może lepiej pójść po prostu na terapię?

W jakimś sensie to wspinaczka jest formą terapii, choć niestety czasami o wymiarze śmiertelnym. Z moich badań wynika, że dla niektórych alpinistów życie nie stanowi najwyższej wartości.
Analizowałem wielokrotnie doznania alpinistów w momencie, kiedy stają na szczycie. Doświadczają tam rozmaitych fenomenów patologicznych, halucynacji wzrokowych, słuchowych, stanów zmienionej świadomości; przewijają się doznania ekstatyczne, euforyczne. Ten typ doznań u niektórych osób rodzi potrzebę wznowienia, staje się mechanizmem, nad którym w pewnym momencie traci się kontrolę.

Jest pan uzależniony?

W psychopatologii został opisany rodzaj popędowych zaburzeń, które nazywamy poriomanią. To jest popęd do wędrowania, do bycia w ruchu. Pięć miesięcy siedzę spokojnie w domu, w gabinecie, w klinice, w mieście i pracuję jak mrówka. Ale po tym czasie, gdy widzę lecący samolot, to pytam: dlaczego ja tym samolotem nie lecę na drugi koniec świata?

A ja zapytam, po co pan w ogóle leci?

Zracjonalizowałem to tak, że ucieczki od codzienności stały się mechanizmem obronnym przed wypaleniem zawodowym. Zapewne pani wie, że wielu psychiatrów, wcześniej czy później bzikuje trochę. Po 20 latach pracy, zwłaszcza z pacjentami schizofrenicznymi, czy się tego chce, czy nie, pojawia się zespół wypalenia emocjonalnego. Postanowiłem się bronić przed tym, wykorzystując predyspozycje osobowościowe i potrzebę wyrwania się ze stereotypów codziennego życia. Nie tylko po to żeby poszaleć, zmęczyć się do granic wytrzymałości, ale żeby w tym znaleźć dodatkowy sens badawczy. Wydawało mi się, że największym wyczynem jest wejście na szczyt, ale obserwując to, co się działo niedawno na Broad Peak, gdzie zginęło dwóch naszych alpinistów, okazuje się, że to zejście jest prawdziwym sukcesem.
Alek Lwow, polski alpinista, napisał świetną książkę pod tytułem „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Zwyciężyć w górach to znaczy móc zejść z tych gór, a nie tylko wejść na szczyt.

Przez lata badał pan mózg na wysokościach.

Rozpocząłem te badania 40 lat temu. Ich celem było uchronienie ludzi przed patologią wysokościową, bo w pewnym momencie się okazało, że coraz więcej himalaistów ginie na dużej wysokości nie z powodu wypadku, lawiny czy upadku w szczelinę, tylko z powodu klinicznej patologii, mianowicie dwóch najgroźniejszych powikłań w przebiegu choroby górskiej, jakimi są wysokościowy obrzęk płuc i wysokościowy obrzęk mózgu. Założyłem sobie, że będę te badania robił po to, żeby ostrzec alpinistów, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, iż nie można bezkarnie wspinać się na takie wysokości. Przebadałem łącznie około 80 ówczesnych himalaistów i alpinistów, całą czołówkę polską. W paręnaście lat później zrobiłem katamnezę i prześledziłem, co się stało z moim „materiałem badawczym”, z moimi kolegami. Z 80 przebadanych i poddanych obserwacji 35 nie żyło. To była najbardziej dramatyczna katamneza, jaką sobie można wyobrazić. Prawie połowa ludzi, młodych, zdrowych, wykształconych, pełnych ambicji, zapłaciła śmiercią za swoją przygodę życia. I wie pani, to było i jest do tej pory dla mnie ciężarem, od którego nie mogę się uwolnić. Widzę też, że mój trud naukowo-badawczy na niewiele się przydał.

Ale musiał pan wiedzieć, że żaden alpinista nie weźmie sobie do serca wyników tych badań. Sam pan powiedział, że wspinaczka to rodzaj uzależnienia.

Tak, tego się nie powstrzyma, wiem. W tej sytuacji oprócz uzależnienia do głosu dochodzi po prostu ludzka ciekawość, bez niej nie byłoby cywilizacji.

„Wyspa Wielkanocna. Eskulap na Rapa Nui”, książka wydana przez Medycynę Praktyczną trafia właśnie do księgarń. Czym się zajmuje psychiatria transkulturowa, o której wspomina pan w swojej książce?

To jest nowa dziedzina zarówno w psychologii, jak i w psychiatrii, która zajmuje się fenomenami psychologicznymi, wynikającymi ze zderzenia dwóch odmiennych społeczności, które mają inne korzenie, inną historię, kulturę, język, tradycje i wierzenia, a którym przychodzi żyć wspólnie w jednym miejscu. Takim przykładem jest społeczność tej niewielkiej wyspy odizolowanej przez 1000 lat od reszty świata. Mieszkańcy Rapa Nui, którzy nie mieli świadomości, że istnieje inny świat, nagle zostali zaanektowani przez Chile.

Co się tam teraz dzieje?

Rozwiązują ten konflikt poprzez wysoki poziom agresji, poprzez agresję wewnątrzrodzinną, nadużywanie alkoholu, protesty, jedni walczą z drugimi. Wyspiarze chcą wyrzucić Chilijczyków z wyspy, traktują ich jak obcych, mówią o nich conti, czyli ci z kontynentu: „my was tu nie chcemy”. Do nas, uczestników wypraw, miejscowa władza też na początku miała krytyczny stosunek.

Jak się panu udało w takim razie uzyskać zgodę na badania naukowe?

Zapewniłem Radę Starszych, że chcemy im coś dać, ofiarować, a nie zabierać, niczego nie tkniemy tu na wyspie, powiedziałem: „chcemy zbadać podziemny świat, bo wy sami go nie znacie”. Rzeczywiście oni go nie znają – i to przełamało lody. Dostaliśmy zgodę na badanie jaskiń, zarówno ze strony Parku Narodowego, bo 3 wyspy stanowi Park Narodowy, jak również od Komisji Dziedzictwa Narodowego i Kulturalnego, która kontroluje teren ze względu na archeologię wyspy. Wyspa jest przecież największym archeologicznym muzeum pod gołym niebem na świecie. Ale i tak najważniejsza była zgoda Rady Starszych, ważniejsza niż zgoda urzędników w Chile.

Można mieć na Wyspie własną jaskinię?

Niektóre domki są zbudowane nad wejściem do jaskini, więc jaskinia stanowi integralną część mieszkania. Przeprowadziliśmy badania topograficzne, wykonaliśmy dokładne plany tych jaskiń oraz inwentaryzację obiektów archeologicznych i antropologicznych. Mieszkańcy zobaczyli, że jako wyprawa naukowa wywiązujemy się ze wszystkich zobowiązań. Pierwszy raport z badań przekazaliśmy włodarzom wyspy, zanim go opublikowaliśmy w książce. Niestety wiele wcześniejszych wypraw naukowych zabrało z wyspy mnóstwo skarbów, łącznie z posągami moai. Najwspanialsze z nich można obejrzeć w Londynie, Paryżu, Berlinie, Waszyngtonie. Wyspiarze zresztą sami ułatwiali transport moai na statki w zamian za byle jaki upominek.

Wielkanocna lekcja życiowa?

Zwerbalizowana przez jednego z tubylców: „Wy nic innego nie robicie, tylko marzycie, szukacie szczęścia na ziemi, szczęścia w życiu. My nie szukamy szczęścia, my jesteśmy szczęśliwi, że żyjemy, dla nas źródłem radości jest sam fakt życia, w związku z tym nie zaprząta naszej uwagi to, co wy robicie w neurotyczny sposób, konkurując nieraz jak szczury w wyścigu, bo czegoś ciągle szukacie. My nie konkurujemy z sobą, bo żyjemy w małej wiosce, na małej wyspie”.
To mi dało takie wyobrażenie, że wyspiarze mają inne poczucie upływającego czasu. My ciągle się spieszymy, wspominamy to, co było, albo żyjemy projekcją przyszłości, z niepokojem, jaka ta przyszłość będzie, w przekonaniu że wszystko idzie w złym kierunku. Zapominamy o tym, że prawdziwe życie jest tu i teraz.

Fot. Marcin Jamkowski
Posągi siedmiu odkrywców patrzą w kierunku legendarnej wyspy Hiva.

Oni rzeczywiście potrafią się cieszyć chwilą bieżącą, mimo napięcia płynącego z konfliktu kulturowego, w którym żyją?

Tak, rzeczywiście to się skomplikowało. Wcześniej ich wyspa była rodzajem raju. Raju, który się skończył w momencie wtargnięcia przybyszów ze świata cywilizowanego, którzy zamiast im coś dać i zasymilować, potraktowali ich jak dzikich.
Wie pani, że nasz wielki rodak, Ignacy Domeyko, w XIX wieku otwierał oczy prezydentowi Chile, że Araukanie, że Mapuche to są również ludzie, którzy mają duszę, których należy szanować. I doprowadził do zmiany polityki eksterminacji Indian na politykę asymilacyjną, na politykę przystosowania. Milion Indian Mapuchów nie ma świadomości, że żyją dzięki Domeyce. Kongres Chilijski nadał niedawno Domeyce tytuł Pierwszego Obrońcy Praw Człowieka w tym kraju.

Podejrzewam, że na wyspie koncepcja zdrowia i choroby jest nieco inna niż nasza?

W świecie cywilizowanym lekarz skupia uwagę na chorym narządzie. W medycynie tradycyjnej – na chorym, cierpiącym człowieku. Chorobę traktuje się jako wynik zaburzenia równowagi między chorym i jego środowiskiem.

A jakie jest podejście na wyspie do chorego?

U nas psychoterapeuta prowadzący psychoterapię grupową nie jest w stanie poznać dogłębnie każdego ze swoich pacjentów. Lekarz ma wielu pacjentów, nad którymi nie panuje. Na wyspie jedna osoba chora ma wielu uzdrawiaczy, którzy robią wszystko, żeby ją wzmocnić. Panuje tam holistyczne podejście do chorego. Choroby traktuje się jako rezultat zaburzenia naturalnej równowagi. Przyjmując pacjenta w ambulatorium, nie zwracamy większej uwagi na kontekst społeczny, rodzinny czy partnerski.
W medycynie tradycyjnej na Rapa Nui w użyciu są głównie rośliny lecznicze oraz lokalne środki pochodzenia zwierzęcego czy mineralnego. Uniwersalnym lekiem jest wywar z miejscowej rośliny matua pua, który powoduje wzrost naturalnej odporności organizmu. Ostatnio wykryto roślinę, z której wyodrębniono antybiotyk o nazwie rapamycyna. Znajduje on już zastosowanie w łagodzeniu odrzutu przeszczepionych narządów. Jednak istotną rolę odgrywa sfera magiczna. Nic dziwnego, że ten tajemniczy świat zawładnął moją uwagą, a nawet sercem.

www.mp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>