Bioetyczny labirynt: eutanazja.

Dobra śmierć… Takie jest pochodzenie słowa „eutanazja”, ale warto zapytać się, co miałoby być dobrym w śmierci? Dobrą śmiercią jest ta, którą człowiek dopełnia swojego życia nie naruszając swojej godności. Wbrew pozorom, to wcale niekoniecznie jest śmierć dostojna, bezbolesna czy łatwa. Śmierć pozostaje dobrą także wtedy, gdy towarzyszy jej trudny do zniesienia ból, gdy choroba odbiera umierającemu człowiekowi władzę nad ciałem i nad umysłem. Śmierć pozostaje dobrą, jeśli wobec niej człowiek pozostaje człowiekiem – stworzeniem zależnym od Boga i ku Bogu kierującym swoje istnienie. Bo śmierć ma być pieczęcią na życiu człowieka, ma być bramą, przez którą wchodzi on w życie wieczne.

Eutanazja ma niewiele wspólnego z taką wizją śmierci i umierania. „Przez eutanazję w ścisłym i właściwym sensie należy rozumieć czyn lub zaniedbanie, które ze swej natury lub w intencji działającego powoduje śmierć w celu usunięcia wszelkiego cierpienia. Eutanazję należy zatem rozpatrywać w kontekście intencji oraz zastosowanych metod” – podkreślił bł. Jan Paweł II w encyklice o świętości życia (EV 65).

Skąd zatem bierze się w człowieku myśl, by zakończyć cierpienie zadając śmierć? Wydaje się, że stąd, że zagubiwszy sens swojego życia, nie widzi sensu także w śmierci. Boi się jej, nie tylko dlatego, że jest Bramą w Nieznane. Boi się jej, ponieważ nie wierzy, że to Nieznane istnieje. A ponieważ nie jest w stanie przed śmiercią uciec – chociaż na różne sposoby próbuje – niekiedy postanawia zapanować nad nią w ten sposób, że sam wybiera czas, miejsce i sposób jej zadania. Jak Prometeusz, który bogom odebrał życiodajny ogień, współczesny człowiek próbuje Bogu ukraść władzę nad śmiercią.

W przeróżny sposób próbuje usprawiedliwić swój krok. Najczęściej odwołuje się do litości. Skoro bowiem ktoś cierpi ponad miarę, skoro prosi o śmierć, która zakończy jego męki – dlaczego nie podarować mu końca, dlaczego go od cierpienia nie uwolnić? Pokusa jest poważna, ale – jak to zwykle z pokusami bywa – opierając się na odrobinie prawdy więcej niesie ze sobą kłamstwa i zniewolenia, niż rzeczywistej pomocy cierpiącemu.

Cierpienie człowiek przeżywa na kilku płaszczyznach, z których fizyczna, jakkolwiek najbardziej widoczna, wcale nie jest najpoważniejszą. Fizycznie bowiem cierpienie oznacza ból, zniedołężnienie, czy inne, podobne dolegliwości. Obok tego wszystkiego cierpiący człowiek przeżywa także inne dolegliwości, zupełnie innego rodzaju: uzależnienie od innych, zawężenie perspektywy życiowej, poczucie bycia ciężarem dla otoczenia… Gasnące życie oplecione zostaje swoistą klatką samotności. Jeśli zabraknie wówczas ludzi, którzy pozwolą doświadczyć bezinteresownej miłości, cierpienie rzeczywiście staje się nie do zniesienia. Ponad miarę ciężarem jest jednak nie ból czy choroba, ale utrata nadziei, utrata poczucia, że jest się kochanym. W takiej sytuacji śmierć „staje się [...] «upragnionym wyzwoleniem», gdy ludzka egzystencja zostaje uznana za pozbawioną dalszego sensu, ponieważ jest pogrążona w bólu i nieuchronnie wystawiona na coraz dotkliwsze cierpienie” (EV 64).

Z fizycznym bólem współczesna medycyna radzi sobie zupełnie dobrze, choć niekiedy musi sięgać do bardzo poważnych środków. Na brak miłości, na brak ludzkiego wsparcia nie ma jednak innego lekarstwa, jak kochające serce. Jeśli jego zabraknie, zabraknie nadziei i woli życia. I wówczas pojawi się prośba o śmierć…

Dla oceny moralnej, nie ma większego znaczenia, w jaki sposób śmierć zostanie zadana. Jeśli ktoś działa (albo powstrzymuje się od działania) w celu pozbawienia życia czy to bliźniego czy też siebie samego, taki czyn określamy mianem zabójstwa lub samobójstwa. Bo eutanazja w swej istocie jest zabójstwem lub samobójstwem. Wyróżnia ją tylko to, że ma być bezbolesna, i że ma zakończyć cierpienie.

Warto jednak wyraźnie powiedzieć, że ta motywacja tylko pozornie jest dobra. Rzekoma troska o dobro chorych i umierających nie ma nic wspólnego z miłością i współczuciem, co najwyżej z litością, i to bardziej nad sobą samym, niż nad cierpiącym. Prawdziwa miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Prawdziwa miłość staje przy nim i daje mu siebie. Zatem zamiast śmierci, współczucie powinno skłonić do codziennej troski i wytrwałej opieki, do udzielenia wsparcia na ostatniej prostej. To prawda, że towarzyszenie zmierzającym ku śmierci chorym jest rzeczą bardzo trudną, wymagającą wielu sił i ofiary. Nie bez powodu bł. Jan Paweł II napisał w liście o cierpieniu, że jest ono szansą, by ujawniła się moralna wielkość człowieka. Rzeczywiście jest to droga ujawnienia się wielkości człowieka, który zostaje skonfrontowany z bezradnością bliźniego. To nie tylko chory ma być silny. Znacznie bardziej to zadanie skierowane jest do tych, którzy są w jego otoczeniu.

Współczesny świat nie jest skłonny do tej ofiary. Nie jest zainteresowany troską o umierających, bo to za wiele kosztuje – także pieniędzy. Nie jest zainteresowany towarzyszeniem w cierpieniu także dlatego, że nieunikniona wówczas refleksja nad umieraniem stawia pytanie o życie wieczne, o naszą troskę o tę wieczność. Dla świata skupionego na tym, co doczesne, taka refleksja jest niedopuszczalna. I choć ceną za uciszenie głosu sumienia jest usunięcie cierpiących z grona żyjących, wielu skłonnych jest ją zapłacić. Tak spełnia się dramatyczne proroctwo wypowiedziane przez bł. Matkę Teresę z Kalkuty: „Jeśli dziś matka może zabić swoje dziecko, to nie ma powodu, byśmy się wszyscy nawzajem nie pozabijali”.

Ks. Piotr Kieniewicz MIC

Biuletyn Radia Watykańskiego jest rozsyłany gratis na adresy abonentów. Jak dokonać prenumeraty lub jak z niej zrezygnować informujemy na stronie www.radiovaticana.org/polski

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>